Zwyciężył rozsądek – komisarz Szewełło

Zwyciężył rozsądek – komisarz Szewełło

1 wyświetlaj
0

Trzydzieści siedem lat temu, 13 grudnia ogłoszono stan wojenny. Na kopalni Ziemowit górnicy postanowili ogłosić strajk. Zdrowy rozsądek komisarza wojskowego, ppłk. Jerzego Szewełły i Antoniego Piszcza ówczesnego dyrektora kopalni nie doprowadziły do tragedii. O tych wydarzeniach można można przeczytać i posłuchać. Tekst powstał w 2000 roku i ukazał się na łamach Dziennika Zachodniego. Drugi materiał to reportaż zrealizowany przez Radio Katowice i Radio Białystok, udostępniony na stronie internetowej katowickiej rozgłośni regionalnej Polskiego Radia. Powstał w 2016 roku. My udostępniamy link do opublikowanego materiału.

24 grudnia 1981 roku zakończył się dziesięciodniowy strajk w kopalni „Ziemowit”. Mimo upływu lat mieszkańcy doskonale pamiętają tamte dni.

W nocy z 12na 13 grudnia 1981 roku, z chwilą rozpoczęcia stanu wojennego zatrzymano przewodniczącego zakładowej NSZZ „Solidarność”, Kazimierza Kasprzyka. Jako pierwsza na ten fakt zareagowała załoga trzeciej zmiany. Zygfryd Ścierski był wtedy zakładowym inspektorem pracy BHP.

Uciekaj, póki możesz!

— Po wyciągnięciu z domu Kazimierza Kasprzyka, zadzwoniła do mnie jego żona.Obudziła mnie. Była zapłakana. Koniecznie chciała wiedzieć, czy był ktoś u mnie. Odpowiedziałem, że nie. „Uciekaj, póki jeszcze możesz” — powiedziała. Tak też zrobiłem — opowiada Zygfryd Ścierski. — Z telefonu sąsiada, Herberta Strużyny, powiadomiłem o zdarzeniu dyspozytora kopalni. On również nie wiedział, co się dzieje. Poprosiłem go, aby poinformował dyrektora kopalni,Antoniego Piszczka. Po jakimś czasie zadzwoniłem jeszcze raz do niego.Powiedział, że dyrektor jest już w drodze do kopalni. W tym czasie dałem o wszystkim znać kolegom ze stacji ratowniczej. Dyżur na zmianie pełnił wtedy Andrzej Broda. On z kolei poszukał innych kolegów, Zygmunta Mikołajczyka,Franka Kucza i Franciszka Kreta, którzy zatrzymywali ludzi z trzeciej zmiany wracających do swoich domów. Kierowali ich do sali zbornej w budynku dyrekcji.

Wszystko to działo się pomiędzy pierwszą a drugą w nocy. Miejskie telefony zamilkły, jednak wewnętrzne linie telefoniczne kopalnianej centrali jeszcze funkcjonowały.

Załoga wybrała strajk.

— Na terenie kopalni znalazłem się po sforsowaniu płotu przy osadnikach miałowych. Cały umorusany udałem się prosto na salę zborną, gdzie zniecierpliwieni górnicy z trzeciej zmiany czekali na potwierdzenie tego, co się wydarzyło. Przybiegła również przestraszona Jadwiga Góra, sekretarka zakładowej „Solidarności”zawiadamiając, że zatrzymano jej ojca Mieczysława (działacza związkowego z PRG Mysłowice — przyp. red.). Pracowała już czwarta zmiana, która o północy zjechała na dół. Na prośbę inżyniera Zająca udałem się do jego gabinetu na spotkanie z dyrektorem, który już dotarł do kopalni. Po krótkiej naradzie zdecydowano, że należy rozmawiać z załogą, jednocześnie w obawie o bezpieczeństwo ludzi należałoby wycofać z dołu kopalni załogę czwartej zmiany.Na sali zbornej dyrektor poinformował o zaistniałej sytuacji. Załoga nie wiedząc, co dzieje się z przewodniczącym Kasprzykiem i Mieczysławem Górą oraz pozostałymi członkami prezydium związku, zdeterminowana, opowiedziała się za rozpoczęciem strajku okupacyjnego — opowiada Zygfryd Ścierski.

Rozpoczął się strajk okupacyjny. Było około godz. 4.30. Na powierzchnię zaczęła stopniowo wyjeżdżać załoga czwartej zmiany. Na dole miały pozostać tylko niezbędne służby, które przystąpiły do zabezpieczenia kopalni. Po wysłuchaniu komunikatu radiowego o wprowadzeniu stanu wojennego, mszę odprawił przybyły wcześnie rano z parafii hołdunowskiej proboszcz, ksiądz Józef Przybyła.

Dwa prezydia.

— Nie wszyscy strajkowali. Część zjeżdżała na dół, było szczątkowe wydobycie.Niektóre ze ścian utrzymywano w ruchu, ze względów bezpieczeństwa. Rozesłaliśmy ludzi do okolicznych parafii, aby powiadomić proboszczów. W czasie odprawianych porannych mszy rodziny górników mogły dowiedzieć się o sytuacji panującej na kopalni. Była to jedyna możliwość przekazywania informacji. Zależało nam na tym, aby zgromadzić jak najwięcej osób do obrony kopalni. Tuż po ogłoszeniu strajku wybrano spośród załogi dwa prezydia NSZZ „Solidarność”, które funkcjonowały w zastępstwie komisji zakładowej. W ich ściśle tajny skład weszli między innymi wspomniani już Franciszek Kucz, Zygmunt Mikołajczyk i Franciszek Kret. Stworzono je na wypadek, gdyby inni zostali zatrzymani, bądź aresztowani.Byłem jedynym członkiem prezydium komisji zakładowej obecnym na miejscu, więc trudno było samemu podejmować decyzje — wspomina Ścierski.

We wtorek,15 grudnia, był dzień wypłaty. Nie był to trafny moment do rozpoczęcia okupacji podziemia kopalni. Zadecydowano, że akcja zacznie się na trzeciej zmianie.

Gotowi do pacyfikacji.

Jednak tego dnia szok wywołało przybycie batalionu czołgów z X Dywizji Sudeckiej z Opola.Miał on do wykonania konkretne zadanie — spacyfikować kopalnię i to za wszelką cenę.

— Upłynął tydzień od chwili rozpoczęcia strajku. Wróciłem do domu, aby umyć się i przespać. W nocy, było po godzinie pierwszej, usłyszałem dzwonek. Myślałem, że przyjechali po mnie. Okazało się jednak, że był to wikary z parafii hołdunowskiej,ksiądz Janusz Lasok, wraz z proboszczem Przybyłą. Polecili mi jak najszybciej dotrzeć na kopalnię, gdzie w umówionym miejscu miał czekać kierownik stacji ratowniczej, Henryk Luka. Tam dowiedziałem się, że planowane jest zdławienie strajku. Natychmiast zadzwoniłem na dół kopalni i poinformowałem o zagrożeniu sztab strajkowy — dodaje Ścierski.

W środku nocy bramę kopalni sforsował wóz opancerzony z dowódcą batalionu. Miał on gotowy plan pacyfikacji zakładu. Jednak komisarz wojskowy, podpułkownik Jerzy Szewełło,wydał stanowczy rozkaz wycofania żołnierzy i sprzętu pancernego spod kopalni.Kilka godzin później anulowano nakaz pacyfikacji.

Uniknięto tragedii.

— Kontakty z komisarzem wojskowym układały się dobrze. Z moich rozmów z dyrektorem Piszczkiem wynikało, że panuje nad sytuacją w kopalni. Organizowaliśmy pomoc dla górników będących na dole, nieraz za milczącą wiedzą dyrektora. Nie da się tego opowiedzieć w kilku słowach. Było to możliwe dzięki zaangażowaniu wielu ludzi, których nie sposób wymienić z imienia i nazwiska — puentuje Ścierski.

Pod kontrolą górników na dole był skład z ponad 10 tonami materiału wybuchowego. Zygfryd Ścierski twierdzi, że gdyby doszło do realizacji planu zajęcia zakładu przy użyciu siły, nie uniknięto by tragedii. Ostatecznie zwyciężył zdrowy rozsądek zarówno protestujących, jak i komisarza oraz dyrektora. Strajk zakończył się,gdy protestującym zagwarantowano bezpieczny powrót do domu.

— W wigilijny poranek górnicy zaczęli wyjeżdżać z dołu. Wszyscy odetchnęliśmy —napisał w swych wspomnieniach podpułkownik Jerzy Szewełło.

Pomimo wcześniejszych zapewnień, wielu ze strajkujących jeszcze tego samego dnia zatrzymano lub aresztowano.

Link do radiowego reportażu red. Anny Sekudewicz i Jana Smyka pt. Komisarz Jerzy.


Kopalnia Ziemowit



O autorze

Damian Kostyra

Historyk, dziennikarz, związany wcześniej z takimi tytułami, jak: Rodnia, Lędziny-teraz!, Dziennik Zachodni i serwisem internetowym Kurier Lędziński. Specjalizuje się w tekstach z kultury, historii oraz szeroko rozumianej publicystyki. Z portalem szwarne.info związany, jako współtwórca projektu i redaktor odpowiedzialny za jego prowadzenie od strony redakcyjnej. Doświadczenie zawodowe zdobywał pracując w administracji i mediach.

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany. Wymagane pola są zaznaczone*

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.