Mieć Pana Boga na swoim placu

Mieć Pana Boga na swoim placu

7 wyświetlaj
0

Tekst ukazał się w sierpniowym wydaniu miesięcznika Śląsk.

Chleba naszego powszedniego – rzykajom miyndzyrzeczanie spod Pszczyny, kierzy zaroz po wojnie dom modlitwy postawili. Na chwałę Bogu i dla zbawienia ludzkich dusz.

„A spoczontku to sie śmioli snos, że chcymy kościół budować – spomino 93-letnia Emilia Chrobok z domu Pośpiech. – Padali: »Wy w tym Miyndzyrzeczu chcecie kościół budować? Wy?«. I my jim pokozali, że poradzymy. Wszystki dziołchy, baby i kiery tam chłop sie znod – bo tych chłopów po wojnie wiela nie było. Wszyscy sie chytnie angażowali do tego. Tyn kościół był wybudowany za rok.”

Ciotka Milka – jak tu we wsi sie na nia godo – wiy co prawi, bo jako młoda dziewczyna pracowała przy budowie niewielkiego kościółka w Międzyrzeczu Pszczyńskim. Jest rok 1946, lato: „Przódzi nie było chłopów, same dziołchy. Nawet my, jo z Jadwigom Motowidło, my były za tych halangrów, szły my dziyń w dziyń, zawsze we dwie. Dwóch murorzy robiło dziynnie. Z jednym my sie rychtyk zgodzały, bo tyn mulorz by sie ino bele gupot trzymoł. I nom sie s nim rychtyk fajnie robiło. A tam była naprowda ciyszko robota. Musieli my grasować te wopno… A jak już przyszło na wieżo, to nom ładowali na pleca, taki nom srobili nosidła, to my te cegły wynosiły wyżyj po drabinach, bo nie było żodnego wyciongu. Wszystko ryncznie się robiło. No my jim wszystkim pokozali, że poradzymy”.

Nasza bohaterka 93-letnia Emilia Chrobok z domu Pośpiech wspólnie z Zofią Drobiczek, jej wnuczką i nauczycielką w miejscowym przedszkolu, przeglądają rodzinne albumy.

Tajemniczy pijar

Jak to się stało, że 600-osobowa wioska zdecydowała się na tak zbożne, ale trudne dzieło, jakim była budowa kościoła w ciężkich, powojennych czasach? Do tego trzeba była iskry bożej. Oto przekaz odnotowany przez miejscową kronikę kościelną: „Pewien kapłan z zakonu OO. Pijarów z Krakowa przejeżdżając z Miedźnej przez Międzyrzecze, rzucił myśl wybudowania w Międzyrzeczu własnego filialnego kościoła. Celem urzeczywistnienia tej myśli tj. wybudowania własnego filialnego kościoła – Franciszek Bojdys zwołał posiedzenie Rady Gminnej, które odbyło się dnia 29 października 1945 roku w mieszkaniu Józefa Janosza III. Obecni byli: Jan Cofała – rolnik, Jan Kamel z żoną Anną, Antoni Szypuła, Antoni Janosz II, Maria Kumor z domu Bojdys, Józef Kassolik – kierownik szkoły, jego żona Franciszka i Maria Kolonko – wdowa. Był też obecny wyżej wzmiankowany kapłan, który po odmówieniu modlitwy, gorącymi słowy zachęcił obecnych do wybudowania własnego kościoła na chwałę Bożą i na podziękowanie za odebrane łaski. Myśl tę przyjęto z aplauzem. Znaleźli się nawet pierwsi ofiarodawcy: Józef Janosz III, Józef Bojdys i Jan Cofała. Na polu tych dobroczyńców powstał kościół i plebania ze swoimi zagrodami”.

Kronika parafialna dodaje, że ów nieznajomy kapłan, który natchnął międzyrzeczan myślą budowy własnego domu modlitwy – o czym do tej pory im się nie śniło – pochodził z tych właśnie, pszczyńskich stron.

Kierownik tutejszej szkoły, Józef Kassolik, który cudem wrócił z wojny przeszedłszy kilka obozów koncentracyjnych (m.in. Stutthof, Sachsenhausen, Dachau), odnotował w swym pamiętniku:

„W pierwszej połowie października 1945 roku zjawił się w Międzyrzeczu jakiś ksiądz zakonny (nazwiska nie pamiętam). Odbyło się zebranie kilkunastu osób u Józefa Janosza III, na którym ów ksiądz poruszył sprawę budowy kościoła w Międzyrzeczu. Wszyscy tam zebrani zgodzili się jednomyślnie i z największą radością na rozpoczęcie budowy kościoła w Międzyrzeczu. Uchwalono, że w jak najkrótszym czasie zwoła się wszystkich mieszkańców wioski na zebranie do sali Jana Kołoczka, aby wspólnie omówić sprawę i zabrać się do dzieła. Na to zebranie mieszkańcy wioski przybyli licznie i kiedy dowiedzieli się o przedsięwzięciu, ucieszyli się i przyrzekli pomoc. Tam też wybrano komitet budowy. Czas obrany był bardzo szczęśliwie, ponieważ ludność chciała podziękować Bogu za przeżytą wojnę i stosunkowo małe zniszczenie wioski w czasie działań wojennych. Każdy z mieszkańców chętnie zgodził się na pewne ofiary w pieniądzach, a przede wszystkim na bezpłatną pracę przy kościele. Bogatsi mieszkańcy, mający swoje lasy, zaofiarowali drzewo i jego bezpłatną zwózkę”. Ówczesny sołtys Międzyrzecza, Franciszek Bojdys zapisał, iż jeszcze w listopadzie 1945 roku, „zwołano zebranie na sali obywatela Kołoczka Jan [międzyrzecka gospoda na zakręcie, przy rynku] i uchwalono jednogłośnie żeby budować kościół parafialny”. I tegoż właśnie dnia, 14 listopada, powołano Komitet Budowy Kościoła z Konradem Klepkiem na czele. Zaraz też dnia następnego wyjechała Delegacja do Katowic do Biskupa celem uzyskania zezwolenia na budowę tegoż kościoła. Biskup względnie Kuria Diecezjalna zgodziła się”. W archiwach kurii archidiecezjalnej udało się odnaleźć protokół z tego historycznego zgromadzenia w oberży u Jana Kołoczka, gdzie międzyrzeccy obywatele pospołu wyrazili głośno chęć budowy przybytku bożego, zacytujmy fragment:

„…Przewodniczący zebrania, Obyw. Bojdys Franciszek, Sołtys Międzyrzecza powitał zebranych obywateli z całej wioski, zaproszonych przez specjalne ogłoszenia i zaznaczył, że zebranie to zwołane jest wyłącznie w sprawie budowy kościoła w Międzyrzeczu. Zaznaczył dalej, że już odbyło się jedno mniejsze zebranie w tym celu w mieszkaniu Janosza Józefa III przy udziale księdza z Zakonu Pijarów. Już była delegacja u Ks. Dziekana Okrenta w Miedźnej, który wyraził zgodę na budowę kościoła w naszej wsi. Janosz Józef III jest też pierwszym ofiarodawcą gruntu pod kościół. Zebrani obywatele jednogłośnie wyrazili swoje zadowolenie i zgodę na budowę kościoła w Międzyrzeczu, gdyż odległość do kościoła parafialnego w Miedźnej – pełne 6 km, nie pozwala wszystkim wiernym brać udziału we Mszy św. w niedzielę i święta. Tem bardziej, że stan drogi do Miedźnej jest haniebny.

Kościół postanowiono wybudować, jak najprędzej i w tym też celu wybrano Komitet Budowy Kościoła w Międzyrzeczu”.

W połowie lat 50. zbudowano jeszcze farę, w latach 60. rozbudowano miejscową szkołę, a w 70. strażnicę. To świadczy o umiejętności mobilizacji tutejszej społeczności.

Miedźna była daleko i… blisko

Właśnie, ta nieszczęsna błotnista droga, którą od wieków, stuleci międzyrzeczanie wędrowali przez pola, las, rzekę Pszczynkę do drewnianego kościoła parafialnego w Miedźnej. Tak było od zawsze, ale ponieważ świadomość ludzi rosła, a na sąsiednie Bojszowy poprowadzono już przed wojną szosę, ludzie zorientowali się, że do tamtejszego kościoła mogą dotrzeć szybciej i wygodniej. Więc zapragnęli odłączenia się od Miedźnej. I znów ze sterty pism do kurii biskupiej w Katowicach, gdzie światli obywatele Międzyrzecza słali petycję z podpisami, wybieram tylko to jedno, które jakże obrazuje całą sytuację. Jest to „Prośba obywateli Gminy Międzyrzecza, powiatu pszczyńskiego, o przydział do parafii Bojszowy” wysłana 15 kwietnia 1935 roku. Argumentowano w niej: „Do Miedźnej mamy 6 km drogi błotnistej i bagnistej w porze wiosennej, jesiennej i zimą, natomiast latem jest piasek nie do przebycia. Tymczasem do Bojszów jest 4 km doskonałej szosy. Kościół w Miedźnej jest za mały i nie mogą się pomieścić wszyscy w kościele, chociaż dzieci z odległych wiosek i tak już do kościoła nie chodzą z powodu dalekiej i złej drogi. W niedzielę nikt nie może brać udziału w nabożeństwie popołudniowem, ponieważ dwóch dróg tak dalekich w jednym dniu nie można żadną miarą odbyć. Daleka i zła droga powoduje częste choroby kobiece, które przed połogiem i po połogu chcą brać udział we mszy św. Zresztą ludność i tak w większości uczęszcza już do Bojszów. Dlatego też prosimy ponownie o przydział naszej wioski do Bojszów”. Pod listem do kurii widnieją podpisy m.in. Jana Kołoczka – jako pierwszego, potem są Jan Sitko I – ławnik gminy, Jan Kamel – naczelnik gminy.”

Jednak przez całe lata 30. ubiegłego stulecia nie dawało się nic konkretnego w sprawie odłączenia się od Miedźnej uzyskać – i to mimo początkowej przychylnej postawy bojszowskiego plebana ks. Józefa Grycmana – nic prócz rozbicia jedności międzyrzeckiej społeczności, które umiejętnie wykorzystywał ks. Józef Okrent, miedźnieński pleban, przeciwny secesji. Wspomina to nawet ciotka Milka, która przecież i piesze wędrówki do kościoła w Miedźnej, i księdza Okrenta doskonale pamięta…

„ – Ksiondz Okrynt nie chcioł sie na to zgodzić, pra… Pote jedna parafia za drugom odchodziły… Zbiydniała ta Miedźno, dyć to była wielko parafia…

– A pamiyntocie ta droga do kościoła na Miedźnej ciotko?

– No toć! Bez bagna, bez las sie szło, niby taki chodnik-ścieżka usmolony… A jak już my byli tacy wiynksi, to wszyscy sie w kupa zbierali i sie na kołach drałowało. Jaki rower był, taki był, ale szło jechać! [śmiych]. I było sie roz, dwa gibciyj niż piechty. A tak to sie szło i szło… Jeeeesus, to była tako wycieczka! Jak sie nos poru zebrało, szło sie w kupie… aż sie zaszło. I toś mioł doś, jakżeś zaszeł na ta Miedźna. Dyć to było siedem kilometrów, a kto jechoł bryczką, to jechoł – przeważnie byli to gospodorze. A my, dzieci, to boso, dopiyro kole kapliczki na Miedźnej my sie łobuwali, bo godali szkoda szczewików! A nazot zaś my sie sebuwali i po bosoku śli do dom.

– A w zimie?

– A w zimie dzieci tota szły roz za kiedy do kościoła. Starzy ludzie nie chodzi. Młodzi – jak kto mog. Jak mieli rowery, to na rowerach. A ta droga na Miedźno była fest ucionżliwo. My ino w niedziela łazili tam do kościoła. Bez tydzień niy. A w kościele, jaki ścisk! Niy jak dzisiaj, że wlezom do ławek i siedzom jak paniska. Jak sie kto dostoł na schodek ołtorza, a se trocha siednoł, to mu sie rychtyk udało, bo tak wszyscy stoli. A dzieci! Jesus, a wiela dzieciny było, chneda spół kościoła. Bo to też była wielko parafia ta Miedźno. Niy yno Miyndzyrzecze, ale i Góra, i Grzawa, Frydek, Gilowice. Dzisioj majom wszyscy swoji kościoły…”

Lata trzydzieste – i to mimo publikacji w dzienniku „Polonia”, że międzyrzeczanie chcą się odłączyć od parafii w Miedźnej – nie przyniosły niczego dobrego poza – jak już wspomniano – skłóceniem ludzi. Jedni chcieli do Bojszów, inni nie wyobrażali sobie porzucenia Miedźnej, gdzie przecież były groby ich przodków. A myśl o budowie własnego kościoła była jeszcze przed wojną chyba zbyt odważna. Rozkwitła dopiero po wojnie.

Te wieloletnie, bezowocne starania międzyrzeczan trafnie podsumowała kronika parafialna: „[…] u wielu parafian Międzyrzecza zrodziła się myśl przyłączenia ich gminy do parafii bojszowskiej. Obywatele jak Franciszek Paszek, Jan Kołoczek i Franciszek Bojdys uczynili już pewne kroki w tej sprawie u władz kościelnych. Jednakże część mieszkańców i to dosyć znaczna opierała się takiemu załatwieniu sprawy, pragnąc nadal pozostać przy parafii Miedźna. W gminie naszej zapanowały rozbicie i niezgoda. Toteż Kuria Biskupia w Katowicach, mając to na uwadze i obawiając się fatalnych skutków, na kilkakrotne podania o przyłączenie Międzyrzecza do parafii bojszowskiej dała odpowiedź odmowną, dopóki wśród mieszkańców nie zapanuje jednomyślność i pokój”.

Ta Boża mobilizacja, cudowna, nastąpiła w 1945 roku.

Zgodnie budują Boży Przybytek

Połowa 1946 roku. Trwają przygotowania do budowy świątyni. Wspomina ciotka Milka: „- No i tak sie wszyscy we wsi po wojnie zgodzili, kieby wybudować tyn kościół, bo łon by sie przydoł, bo przecóż to była łudrynka na Miedźno do kościoła chodzić. To nie była tako fajnisto droga jako teraz, ino dziura na dziurze. No ale z czego by tyn kościół budować, kie zaros po wojnie fest biyda była? No, urządzali zbiórki po wsi. I ludzie dowali jak mogli. Piyrsze to pojechali na Staro Wieś ta do tej cegielnie i cało cegła kupili na kościół łoroz, bo mieli projekta i wszystko dobrze porachowane. Wtynczos te piniondze były inne, ta cegła rychtyk tanio kupili. I pote, żeby to sprowadzić, formanki brali… Kto mioł czas, konia, pomogoł swozić. No to tak jedyn drugimu pomogoł. Jak ktoś coś spomnioł – że na kościół – to tak chyntnie wszyscy śli, że to rychtyk gibko szło, cało ta budowa. I wopno gospodorze dowali, drzewo… Tyn kościół był wybudowany za rok.”

26 maja 1946 roku do kurii biskupiej w Katowicach wysłano informację o stanie prac przygotowawczych: „Wykaz posiadanego materiału budowlanego na kościół w Międzyrzeczu i stan gotówki 1. Uzyskano bezpłatne pole pod budowę kościoła, 2. Uzyskano bezpłatnie drzewo na budowę kościoła, na deski i bezpłatny zwóz tegoż drzewa, 3. Zakupiono 80 000 cegieł, z tego zwieziono już 40 000, 4. Zakupiono 35 siąg kamieni, z tego zwieziono 25 siąg, 5. Zakupiono 600 kg wapna, z tego zwieziono już 360 kg, 6. Większość drzewa jest już na miejscu i w obróbce, 7. Wykonano rysunek na kościół, 8. Zebrano w pieniądzach kwotę 140,616 zł. Wydano na zakupy 122,850 zł. Gotówka w kasie 17,766 zł”. To sprawozdanie podpisali członkowie komitetu w osobach przewodniczącego Konrada Klepka, sekretarza Ludwika Lotawca i skarbnika Antoniego Janosza I”.

Prace budowlane ruszyły – tak jak zresztą planował międzyrzecki Komitet Budowy Kościoła – 5 czerwca 1946 roku, natychmiast, w sposób niezwykle prężny i dobrze zorganizowany, w czasach trudnej, powojennej biedy, która jednak chyba jeszcze bardziej mobilizowała wszystkich do działania i – co niezwykłe – jednoczyła ludzi wokół wspólnego celu. Wspólnota nie była pustym słowem, podobnie jak aktywność społeczna i poświęcenie. „Niemal wszyscy mieszkańcy wioski przyłożyli rękę do tego dzieła – podkreślano w kronice parafialnej – ale nie brakło też i obojętnych”.

Budową kierował budowniczy J. Grabowski z Bierunia Starego. W aktach Archiwum Archidiecezjalnego w Katowicach odnajdujemy dokładne plany naszej świątyni wykonane w kwietniu 1946 roku – jeden, który nie doczekał się realizacji, bo nie został zaakceptowany przez Komitet Budowy Kościoła (19 maja 1946 roku umieszczono na nim adnotację, że go „nie zatwierdzono”) i drugi, zrealizowany.

7 lipca 1946 roku poświęcono uroczyście kamień węgielny pod budowę własnego, upragnionego domu modlitwy. Odbyło się to „przy ślicznej pogodzie” – jak zanotowano w kronice parafialnej. Razem z kamieniem węgielnym zamurowano dokument erekcyjny. Uroczystości przewodniczył i święcił plac budowy proboszcz z Miedźnej, ksiądz dziekan Okrent, który wcześniej zwrócił się z prośbą do kurii o pozwolenie na odprawienie mszy polowej i zezwolenie na poświęcenie kamienia węgielnego, gdyż tego właśnie „ludność życzy sobie”. W czasie nabożeństwa jego uczestnicy złożyli hojną ofiarę – zebrano 13 370 ówczesnych złotych. Uroczystej oprawie towarzyszyła – jak to wiemy z późniejszego sprawozdania komitetu budowy – orkiestra, która za swój występ pobrała 960 zł.

Z licznych ofiarodawców i spiritus movens całego szlachetnego przedsięwzięcia budowy własnej świątyni na pierwszym miejscu wymienić trzeba Konrada Klepka, szefującemu Komitetowi Budowy Kościoła, który – jak czytamy w kronice – „był duszą tego zbożnego dzieła, pouczał, zachęcał, dodawał otuchy, zabiegał koło zbierania funduszów i zwożenia materiałów budowlanych; nie szczędząc sił i zdrowia pracował we dnie i w nocy, niezrażony trudnościami i przeciwnościami”. Kronika potwierdza, że „dzielnie pomagał mu w tej pracy inny członek komitetu – Ludwik Lotawiec”.

Emilia Chrobok: „- Jak ino przyszeł Klepek z wojny, i łojciec łod Waltra Lotawca, łoni dokupy zaczli zebrania robić, tak sie schodzili. Jak pedzieli, że sie bydzie kościół budować, to szło po całej wsi, bo nie było ani radia, ani telefonu nic. A ludzie sie pryndzy dowiadywali i straśnie sie wtedy organizowali. Łokropnie chcieli działać. Jak sie ino zeszli w jedno miejsce, to zaros radzili: zrobimy tak a tak. No i urzondzili taki komitet budowy. Klepek i Lotawiec byli w nim tacy najważniejsi. Pote ich ta było wiyncyj, pra, mój chłop Adolf też tam był. Kolonkowo… Ci roztomajci. Łoni wszyscy som w kronice pisani. Zebrani było co tydzień. Ale niy szkole czy gospodzie – byle kaj, na dworze, przy kościele. »Bydzie zebrani, przidźcie wszyscy« – szło po wsi. I ludzie sie roz-dwa zbiyrali. Dogodali i przyśli. I radzili.”

We wspomnieniach przekazanych przez starsze generacje mieszkańców Międzyrzecza, pamiętających budowę świątyni i aktywnie w niej uczestniczących, przechowały się takie relacje: „Cegły to furmani przywozili gościńcem z Pszczyny, rafiokami, a potem trzeba było doprzęgać konie, po dwa do dyszla, żeby ta cegła przewiyź na plac budowy kościoła. Droga do kościoła była polna, przeważnie błotnista, więc i konie ciągnęły furmanki załadowane cegłami tonąc w błocie, które sięgało po osie wozów. A potem mieszkańcy wsi, nierzadko kobiety, nosiły tą cegłę po rusztowaniach, na plecach w specjalnych nosidłach, murarzom, którzy stawiali kolejne warstwy ścian kościoła”. Te i inne epizody dowodzą niezwykłego zaangażowania i ofiarności międzyrzeczan, którzy z całego serca, i to konsekwentnie od lat, pragnęli własnego domu modlitwy, własnej parafii. Chcieli mieć Pana Boga „na swoim placu”.

Już 29 maja 1947 roku odbyło się zebranie mieszkańców Międzyrzecza w nowo wybudowanym kościele. Porządek dzienny przewidywał m.in. przedstawienie zakresu wiosennych robót, jakie wykonano przy kościele. Sprawę omawiał przewodniczący komitetu budowy Konrad Klepek. „Prace te mógł każdy osobiście zobaczyć i wszyscy zgodnie orzekli, że dużo robót zostało wykonanych” – czytamy w protokole. Następnie Konrad Klepek „[…] zwrócił się z prośbą do obecnych, aby w ostatniej fazie prac nad wykończeniem budowy kościoła przyszli z ochotną i wydatną pomocą w formie dobrowolnych składek i przychodzeniem na wezwania do pracy ręcznej czy konnej. Osobno zwrócił się z prośbą do starszych dziewcząt i młodych kobiet, aby wzięły udział w zbiórkach dobrowolnych ofiar w obcych parafiach”.

Jak takie zbiórki wyglądały, opowiadała nam jedna z ich aktywnych uczestniczek, Emilia Chrobok: „Jak nie było piniyndzy, Klepek zajechoł na Miedźno do dziekana, żeby doł zezwolyni po wsiach chodzić na zbiórka. To my zaś chodzili po Miedźnej, po Grzawej, Frydku, Gilowicach. I po Ćwiklicach też zbiyrali. W niedziela po południu, we dwie, łod chałpy do chałpy. Do wieczora my łobeszły. Lista my mieli, ludzie sie podpisowali. Mieli my zezwolyni łod dziekana, kiery neprzód to głosił z ambony, że idymy. To ludzie wiedzieli. I dowali, jak kto móg, tak dawoł. Ludzie dowali niyroz po sto złotych, a trefił sie nom i taki młody gospodarz, co ciepnoł piyńćset złotych”.

Pomysłowość w zbieraniu funduszy na budujący się kościół, mobilizacja społeczna były imponujące. „Ludzie sie wtedy bardzo organizowali, co ktoś mioł do roboty, to chytnie robił i to jeszcze za darmo” – podkreśla Emilia Chrobok. I wspomina dalej: „Kassolik jak przyszeł z lagru, to już kościół zaczyni budować. Jak widzioł z okna szkoły, że formanki z cegłom przyjechały, to broł dzieci te starsze, żeby pomogły jom rozładować. Kassolikowa, kiero w piyrszej wojnie była sanitariuszkom i znała sie na chorobach, i bardzo ludziom pomogała, łona z dzieckami teatry ćwiczyła. Piyrsze grali my »Ósme przykozani« i jeszcze tako humoreska. Byli my z tym na Miedźnej, w Jankowicach i w Bojszowach Starych, bo tam były scyny. Ludzie radzi nos łoglondali. I to dużo grosza sie nazbiyrało na kościół”.

Na tym samym zebraniu z 29 maja 1947 roku poinformowano mieszkańców Międzyrzecza, że z ważnych przyczyn przesunięty zostaje termin poświęcenia kościoła: „Zamierzone poświęcenie kościoła w dniu 15 sierpnia nie może się odbyć, ponieważ Kuria Biskupia w Katowicach ma już ten dzień zajęty”. Dlatego zebrani uchwalili, by poświęcenie kościoła odbyło się w późniejszym terminie. I kolejno omówiono aktualne sprawy związane z wezwaniem i wyposażaniem kościoła: „Kościół będzie wystawiony pod wezwaniem Wniebowzięcia Matki Boskiej, a patronem kościoła obrano św. Józefa. Ołtarz będzie wykonany przy kopalni w Lędzinach. Tak samo i ambona. Obraz Wniebowzięcia Matki Boskiej wykona jeniec niemiecki pracujący w Lędzinach. Aby prace prędzej wykonać przy sporządzaniu Ołtarza i ambony uchwalono zebrać we wsi trochę jaj i masła jako dodatkowe wynagrodzenie stolarzom. Dzwon prawdopodobnie będzie ulany w prywatnej odlewni kolejowej w Katowicach, gdyż odlewnia dzwonów w Białej żąda zbyt wysokiego wynagrodzenia. Stacje [drogi krzyżowej] już także są zakupione tylko je trzeba oprawić […]”.

Budowa międzyrzeckiego kościoła – co niespotykane i dotąd zadziwia postronnych – trwała tylko rok. 17 sierpnia 1947 roku poświęcono praktycznie gotową już świątynię, a 30 sierpnia odprawiono w niej pierwszą mszę w intencji parafian i dobroczyńców.

Emilia Chrobok doskonale pamięta poświęcenie kościoła. Widać ją na zachowanym zdjęciu z tego historycznego wydarzenia, zamieszczonym w kronice parafialnej. W uroczystej procesji jest jedną z dziewcząt w stroju pszczyńskim, idącą zaraz obok księdza dziekana Okrenta i ks. prałata Karola Skupina, który przyjechał do Międzyrzecza w zastępstwie biskupa. Za Emilią Chrobok kroczą kolejne dziewczyny w śląskich strojach: Małgorzata Kędzior, Cofała, Małgorzata Bojdys (tyle udało się rozpoznać, reszta postaci jest nieczytelna). Nieczęsto się zdarza, by mogła przemówić do nas bohaterka takiej historycznej fotografii (jej egzemplarz wisi również oprawiony w ramki w domu pani Emilii). Oto jak wspomina to wydarzenie, które doskonale zapisało się w jej pamięci: „Poświyncyni jaki tu było… Wiela ludzi…. A ksiyży… Ze wszystkich parafii przychodzili ludzie w procesjach ze sztandarami – z Bojszów, z Woli, ze Pszczyny przyśli, z Miedźnej. Tu było tela narodu… Ale był taki łodpust, że w życiu w Miyndzyrzeczu my nie widzieli. A tych kramorzy stymi piernikami to łod samego Przygona aż fort pod Pośpiecha z łobu stron. I karuzele, i wszystko poprzyjeżdżało”.

Katowicka kuria była wrażeniem niezwykłej mobilizacji społeczności niewielkiego Międzyrzecza (pismo z 31 lipca 1947 r.): „Kuria Diecezjalna wyraża wielkie zadowolenie, że parafianie tamtejsi z Komitetem Budowy Kościoła na czele dokonali w stosunkowo bardzo krótkim czasie tak wielkiego dzieła, jakim jest budowa nowego kościoła. Jest to dowodem nadzwyczajnej ofiarności wiernych i przywiązania ich do Boga i wiary św. katolickiej […]”.

Kościół to nie wszystko

30 września 1947 roku, a więc równo miesiąc po odprawieniu w nowej świątyni pierwszej mszy, do kurii biskupiej dotarła kolejna „prośba parafian z Międzyrzecza o przydzielenie księdza”. Powojenne duszpasterstwo w Międzyrzeczu miało z konieczności charakter dorywczy – posługę pełnili tu franciszkanie z Rybnika, duchowni z parafialnego kościoła w Miedźnej, a także proboszcz Grycman z Bojszów. Istotnym uregulowaniem stosunków duszpasterskich w międzyrzeckiej filii było pismo katowickiej kurii z 23 marca 1949 roku, w którym mianowano ks. Józefa Ryszkę z Mikołowa zastępcą rektora kościoła filialnego w Międzyrzeczu. Dopiero w latach 50. po wybudowaniu probostwa, erygowano w Międzyrzeczu samodzielną kurację, za czasów ks. Jana Adamusa, pierwszego proboszcza i byłego brazylijskiego misjonarza.

Budowa plebanii znalazła swoje udokumentowanie na kartach kroniki parafialnej. Zapisano: „Budowa kościoła była ideą łatwiej zapalną aniżeli budowa plebanii. A przecież przewinęło się przez Międzyrzecze tylu duszpasterzy (14 w ciągu 8 lat). […] By z tym stanem rzeczy [i uciążliwymi dojazdami duchownych] skończyć ks. Adamus zaproponował Międzyrzeczanom, by z wiosną 1954 r. systemem gospodarczym wybudowano dom mieszkalny dla duszpasterza. Dotychczas każdy ksiądz korzystał z dobroci rodziny Konrada Klepka, u którego zatrzymywał się w czasie pomiędzy nabożeństwami. Plan ten został przyjęty na specjalnym zebraniu w kościele przez większość ludności. Powiadam przez większość, albowiem dobra [spora] część ludności uważała wyczyn budowania domu mieszkalnego dla księdza na czasy jakie przeżywamy za szaleńczy i wprost nie do pokonania ze strony finansowej. Zaczęto jednak powoli z początkiem roku 1954 pracę od wyrabiania gliny, a następnie zabrano się do cegły, fundamentów, sklepień i dachu. […] Kuria nie chciała zatwierdzić rysunku. […] Dnia 19 lipca 1954 r. o godz. 10 rzucano i poświęcono pierwszy kamień fundamentów na polu Józefa Bojdysa, albowiem na jego nazwisko plan [budynku plebanii] został przez władze państwowe przyjęty. Młoda generacja nigdy nie zapomni tych wyczerpujących siły dni, kiedy to prawie przez miesiąc szukano wszystkich sposobów, by maszyna sprowadzona do robienia cegły, wydała choć tysiąc sztuk dziennie. Glina nie nadawała się, motor »ropniak« psuł się, a kiedy zmieniono go na motor elektryczny, wstrzymano prąd z powodu tego, iż nastała praca omłotów [przy żniwach]. Były dni kiedy budowa stawała się niemożliwa z braku rąk do pracy i trudności finansowych. Pomimo to budynek doprowadzono do stanu surowego”.

Postęp prac ilustrują znakomicie fotografie – te unikatowe z wydobywania gliny na polach międzyrzeckich (ileż domów powstało z tej cegły) z początku 1954 roku, z samego wyrobu cegły czy założenia fundamentów. Trudno w to uwierzyć, ale budynek w stanie surowym, doprowadzony pod dach, z oknami, był już gotowy w 1955 roku. Jego budowa trwała więc – tak jak kościoła – niespełna rok. Po raz kolejny udowodnili międzyrzeczanie, że kiedy zachodzi potrzeba, są doskonale zorganizowani i ofiarni. Jak zresztą każda śląska społeczność. Sęk w tym, by tego przedsiębiorczego ducha nie zatracić…

Więcej o tej oddolnej budowie kościoła w Międzyrzeczu Pszczyńskim znaleźć można w książce, która swą premierę miała 15 sierpnia w parafii pw. Wniebowzięcia NMP w Międzyrzeczu. Nosi ona tytuł: Dom modlitwy na chwałę Bogu i dla zbawienia ludzkich dusz. Jej autorzy to mieszkańcy tej wsi, historycy z wykształcenia, dr Urszula Chrobok-Sztoler i dr Grzegorz Sztoler. Wydawcą tej książki jest Gmina Bojszowy.

O autorze

Grzegorz Sztoler

Doktor nauk humanistycznych, historyk, dziennikarz, publicysta miesięcznika Śląsk. Specjalizuje się w tematyce związanej z historią śląska w szczególności ziemi pszczyńskiej i zagadnieniach społecznych. Autor wielu publikacji poświęconych śląskiej tematyce, laureat konkursu na najlepszą jednoaktówkę po śląsku i nagrody Clemensa Pro Arte za 2016 rok. Miłośnik i jednocześnie odtwórca pierwszoplanowych ról w filmach Józefa Kłyka.

Twój adres e-mail nie będzie opublikowany. Wymagane pola są zaznaczone*